Społeczne forum mieszkańców i sympatyków miasta Chorzowa Strona Główna Społeczne forum mieszkańców i sympatyków miasta Chorzowa


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Marsz pamięci obozu "ZGODA"
Autor Wiadomość
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2010-05-15, 09:37   

17 czerwca 2010 po raz piętnasty od 1995 roku odbędą się uroczystości ku "Czci Ofiar Obozu Zgoda Świętochłowice".
Uroczystość wpisuje się w obchody 65-lecia Tragedii Górnośląskiej.
Organizator tegorocznych obchodów TSKN woj. śląskiego( DFK) do współorganizacji uroczystości zaprosił Ruch Autonomii Śląska.

Spotykamy się pod Bramą obozu o godz 10 gdzie po chwili ciszy nastąpi
złożenie kwiatów oraz zapalenie zniczy.
Następnie przeniesiemy się jak co roku na cmentarz w Rudzie - Nowy Bytom
gdzie pod pomnikiem ofiar odbędzie się dalsza część obchodów.
O godz 12.00 w kościele św. Pawła w Rudzie Nowy Bytom
mszę św w intencji ofiar -msza w j. niemieckim.
W przeddzień uroczystości delegacja TSKN (DFK) złoży wiązanki kwiatów oraz zapali zanicze na Pomniku Ofiar Obozu Zgoda na cmentarzu ewangelickim w Świętochłowicach

TSKN woj. śląskiego
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2010-06-16, 07:49   

Na stronie
http://www.aip.az.pl/dfk/
szczegółowy program obchodów.
 
     
the 
Mieszkaniec


Imię: Krzysiek
Dołączył: 03 Lis 2009
Posty: 66
Skąd: chorzów
Wysłany: 2010-06-16, 18:02   

dfk napisał/a:
17 czerwca 2010 po raz piętnasty od 1995 roku odbędą się uroczystości ku "Czci Ofiar Obozu Zgoda Świętochłowice".
Uroczystość wpisuje się w obchody 65-lecia Tragedii Górnośląskiej.


Podobny obóz znajdował się w Mysłowicach. Czy tam jest jakas tablica jak na Zgodzie?
Czy o tamtym obozie ktoś pamięta? Czy tam też odbywaja się jakies uroczystości?
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2010-06-16, 20:42   

Na chwile obecną mogę jedynie podać, że koło DFK Mysłowice podjęło się zabezpieczenia cmentarza leśnego na terenie Mysłowic.Jakieś tablice tam, są ale w projekcie jest wykonanie nowych.Samo zatwierdzenie tablic jest dość żmudnym procesem i wymaga uzgodnień i zezwoleń . Przerabialiśmy to na Zgodzie.
Co do Mysłowic to zapoznam się tematem w miejscowym kole DFK
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2010-06-17, 16:49   Świętochłowice: Upamiętniono ofiary obozu Zgoda

Świętochłowice: Upamiętniono ofiary obozu Zgoda



Ofiary nazistowskiego, a później komunistycznego obozu w świętochłowickiej dzielnicy Zgoda uczczono w czwartek pod zachowaną do dziś obozową bramą w ramach obchodzonego od piętnastu lat 17 czerwca Dnia Ofiar Obozu Zgoda Świętochłowice.

Od lutego do listopada 1945 r. w dawnej filii hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz w Świętochłowicach-Zgodzie mieścił się obóz służący komunistycznemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego. Przeszło przez niego wówczas ok. sześć tysięcy osób; liczba ofiar śmiertelnych szacowana jest na ponad dwa tysiące.

W obchodach dnia ofiar Zgody co roku bierze udział kilkadziesiąt rodzin ofiar i ostatni żyjący więźniowie, którzy trafili do obozu jako dzieci. Przyjeżdżają z całego Górnego Śląska, czasem również z Niemiec. Do uroczystości organizowanych przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Niemców Woj. Śląskiego˙(DFK) zapraszani są m.in. przedstawiciele Ruchu Autonomii Śląska.

- Widzimy w Ruchu Autonomii Śląska naszego sojusznika; ideały mamy podobne, walczymy o to samo - o historię Śląska, żeby pamiętać o tych naszych zaszłościach - powiedział organizujący czwartkową uroczystość Eugeniusz Nagel z DFK. Jak dodał, na uroczystości przyjeżdża coraz mniej dawnych więźniów obozu - w tym roku było ich kilkoro.

Dlatego teraz, zaznaczył Nagel, kwestia pamięci o ofiarach przechodzi na inny etap - będzie nie tylko zadaniem rodzin i bliskich, ale też całej społeczności regionu i jego władz. - W tym roku po raz pierwszy był wojewoda. Widzimy zaangażowanie i pomoc urzędu wojewódzkiego - zaczyna się to układać bardzo pozytywnie - ocenił.

W czwartek przed bramą - jedynym elementem obozu Zgoda zachowanym do dzisiaj - po chwili ciszy, wystąpieniach i występie chóru złożono kwiaty i zapalono znicze. Dalsza część obchodów odbyła się pod pomnikiem ofiar na cmentarzu w rudzkiej dzielnicy Nowy Bytom. Potem w tamtejszym kościele św. Pawła w Rudzie odprawiono mszę z ofiary w języku niemieckim.

Do stycznia 1945 r., kiedy obóz w Zgodzie był filią obozu koncentracyjnego w Auschwitz, zginęły w nim setki osób wyczerpanych niewolniczą pracą, głównie Żydów i Polaków, ale także m.in. Francuzów.

Od lutego do listopada 1945 r., gdy obóz służył komunistycznemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego, przeszło przez niego ok. sześciu tysięcy osób. Minimalna liczba śmiertelnych ofiar szacowana jest na ok. 1,7 tys. osób, inne opracowania mówią o ponad 2 tys., a nawet 3 tys. osób. Część z nich, w tym wiele kobiet i dzieci, zginęło w lipcu 1945 r., gdy w obozie wybuchła epidemia tyfusu.

Do obozu trafiały osoby podejrzewane o wrogi stosunek do władzy, do których zaliczano m.in. Ślązaków, obywateli II RP, którzy podpisali w czasie okupacji tzw. volkslistę, a także żołnierzy Armii Krajowej. Decyzja o osadzeniu zależała od UB i NKWD i nie była poparta orzeczeniami sądów czy prokuratur; więźniowie trafiali tam bez wyroków, często na podstawie fałszywych donosów. Gdy w listopadzie 1945 r. obóz likwidowano, część osób zwolniono, innych przeniesiono do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie.

Były komendant obozu Salomon Morel zmarł w 2007 r. w wieku 87 lat w Izraelu. Wyjechał tam na początku lat 90., kiedy wszczęto postępowanie w sprawie dokonanych w obozie zbrodni. W 1996 r. katowicka prokuratura oskarżyła go o doprowadzenie do śmierci co najmniej 1538 więźniów. Jednak w 1998 r. Izrael odmówił jego ekstradycji. Według izraelskiego prawa, zarzucane mu czyny nie były ludobójstwem i przedawniły się po 20 latach.

Katowicki oddział Instytutu Pamięci Narodowej podejrzewał Morela o niepodlegającą przedawnieniu zbrodnię ludobójstwa. Według świadków Morel wielokrotnie bił więźniów, powodując uszkodzenia ciała i kalectwo, umieszczał w karcerze, szczuł psami, znęcał się nad nimi psychicznie. Był też obciążany za tragiczne warunki sanitarne i bytowe w obozie, prowadzące do śmierci wielu osób.

W ubiegłym roku na pomniku przy bramie obozu Zgoda umieszczono tablice oddające hołd jego ofiarom, z napisami po polsku, angielsku i niemiecku. Zostały zamocowane po kilkuletnim sporze dotyczącym ostatecznego ustalenia spornych wcześniej określeń. Jak mówią przedstawiciele DFK, nadal potrzebne są tablice opisowe - dla zwykłych przechodniów.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP
http://polskalokalna.pl/w...da,1494075,3286
 
     
the 
Mieszkaniec


Imię: Krzysiek
Dołączył: 03 Lis 2009
Posty: 66
Skąd: chorzów
Wysłany: 2010-06-18, 22:13   

dfk napisał/a:
Na chwile obecną mogę jedynie podać, że koło DFK Mysłowice podjęło się zabezpieczenia cmentarza leśnego na terenie Mysłowic.Jakieś tablice tam, są ale w projekcie jest wykonanie nowych.Samo zatwierdzenie tablic jest dość żmudnym procesem i wymaga uzgodnień i zezwoleń . Przerabialiśmy to na Zgodzie.
Co do Mysłowic to zapoznam się tematem w miejscowym kole DFK


Czy mozliwe jest zeby w Myslowicach były dwa obozy?
Bo ja mam inny na mysli albo nie do konca dobrze rozumuje - mozna podlinkowac chyba

http://www.ferajna.eu/inf...e-po-wyzwoleniu
http://netbird.pl/a/1109/37056,1
 
     
Hajduk 
Kronikarz



Imię: Henryk
Wiek: 60
Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 3855
Skąd: Hajduki
Wysłany: 2010-06-19, 07:20   

the napisał/a:
dfk napisał/a:
17 czerwca 2010 po raz piętnasty od 1995 roku odbędą się uroczystości ku "Czci Ofiar Obozu Zgoda Świętochłowice".
Uroczystość wpisuje się w obchody 65-lecia Tragedii Górnośląskiej.


Podobny obóz znajdował się w Mysłowicach. Czy tam jest jakas tablica jak na Zgodzie?
Czy o tamtym obozie ktoś pamięta? Czy tam też odbywaja się jakies uroczystości?


jest za dworcem PKP ul.Promenada
_________________
"Jestem śląskie dziecko i Ślązakiem zginę.Kocham śląską ziemię i śląską krainę....."
Juliusz Ligoń.

[*] http://www.youtube.com/watch?v=4Fx4mshinO0 [*]
 
     
tier 
Junior Admin



Imię: Zwierzak
Wiek: 46
Dołączył: 08 Mar 2006
Posty: 6553
Skąd: Chorzów Batory
Wysłany: 2010-09-06, 13:30   

przy porządkowaniu swojego archiwum znalazłem podobiznę Morela z jakiejś gazety -tylko takie zdjęcie znalazłem do artykułu.
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2010-09-06, 14:53   

Obozowa "kariera" Morela nie zakończyła się na Zgodzie, został on nastepnie komendantem obozu w Jaworznie ( http://forum.chorzow.slask.pl/viewtopic.php?t=5697 )
 
     
tier 
Junior Admin



Imię: Zwierzak
Wiek: 46
Dołączył: 08 Mar 2006
Posty: 6553
Skąd: Chorzów Batory
Wysłany: 2010-09-06, 17:59   

dfk napisał/a:
Obozowa "kariera" Morela nie zakończyła się na Zgodzie, został on nastepnie komendantem obozu w Jaworznie ( http://forum.chorzow.slask.pl/viewtopic.php?t=5697 )

I zmarł jako emeryt w Izraelu.
 
     
Hajduk 
Kronikarz



Imię: Henryk
Wiek: 60
Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 3855
Skąd: Hajduki
Wysłany: 2010-09-07, 06:56   

http://newsgroups.derkeil...09/msg01317.pdf

Polecam jeszcze książkę Johna Sacka "Oko za oko",czyli przemilczana historia....jest też o Morelu,wywiad z nim o tym jak był to "przesłuchiwany" przez katowicki Ipn,jak to przyjeżdżał do Polski kasować swoje sprawy itp.
_________________
"Jestem śląskie dziecko i Ślązakiem zginę.Kocham śląską ziemię i śląską krainę....."
Juliusz Ligoń.

[*] http://www.youtube.com/watch?v=4Fx4mshinO0 [*]
 
     
Lena 
Administrator Forum



Imię: Lena
Dołączyła: 13 Sty 2006
Posty: 8983
Skąd: Chorzów Stary
Wysłany: 2011-03-09, 19:17   

Na Wirtualnej Polsce artykuł o obozie na Zgodzie:
Wklejam,aby nie zniknęło:

Cytat:
"Ludzie z biało-czerwonymi opaskami posłali mnie do piekła"

- Chęć zemsty i absolutna władza nad człowiekiem - wspomina 80-letni Gerhard Gruschka. Gdy miał lat 14 został więźniem obozu pracy przymusowej "Zgoda" w Świętochłowicach. Powód? Był Niemcem. W podległym Urzędowi Bezpieczeństwa obozie zamykano także Ślązaków, Polaków z centrum kraju i obcokrajowców. Obóz istniał przez 300 dni 1945 roku. Jedna trzecia osadzonych nie przeżyła pobytu tam. Co o obozie mówią ci, którzy przetrwali?

Do obozu prowadziła wielka brama. Jego teren był podwójnie ogrodzony - na stu betonowych słupach zewnętrznego parkanu i 95 wewnętrznego rozciągnięto 23, 5 tysiąca metrów drutu kolczastego pod napięciem. Ostrzegała o tym tabliczka: "Achtung! Hochspannung! Lebensgefahr" ("Uwaga! Wysokie napięcie! Zagrożenie życia"). Jedna linia drutu była oddalona od drugiej o 1,5 metra. Między nimi piach. Na płocie wisiały gęsto lampy, a dodatkowo teren oświetlało 10 reflektorów. Na każdym rogu obozu wysoka wieża strażnicza.

"Po przybyciu do obozu, a było nas około 40 osób, ustawiono nas w szeregu przed jednym z baraków. Staliśmy tam przez trzy dni bez jedzenia i picia i nie wolno było siadać. Wtedy nas jeszcze nie bito" - powie po latach przed prokuratorem IPN jeden z byłych więźniów obozu, Konrad Pieczko.[1]

Wewnątrz obozu siedem drewnianych baraków dla więźniów. Jedyny murowany budynek przylegał do obozu, ale był poza kolczastym drutem, należał do administracji. Obok jeszcze jeden dla załogi obozu. W drewnianych, więziennych barakach stało po 21 zbutwiałych, trzypiętrowych prycz - luźne deski bez sienników, koca, niczego. W obozie były też ambulatorium, umywalnia, ubikacja i bunkier - betonowy, głęboko w ziemi, zalany wodą. Służył jako karcer. Była jeszcze trupiarnia.

"W czasie pobytu w obozie byłem wielokrotnie bity przez obsługę obozu. Pierwszy raz zostałem pobity 20 kwietnia 1945. Powodem pobicia były urodziny Hitlera, a obsługa urządziła nam 'przyjęcie'" - zezna prawie pół wieku później inny więzień, Józef Burdy.

Od maja 1943 roku do stycznia 1945 w Świętochłowicach niedaleko jednej z hut (Eintrachthutte) działał obóz pracy przymusowej, który był filią Auschwitz. Kilka miesięcy przed końcem II wojny światowej, gdy front zaczął się przesuwać, Niemcy zarządzili ewakuację. Kiedy jednak wojska sowieckie dotarły na Górny Śląska, zdecydowano, że obóz jeszcze może się przydać. Niedawne miejsce grozy ofiar hitlerowców otwarto ponownie, tyle że zmieniło właściciela. Od lutego do listopada 1945 roku były podobóz Auschwitz znów był pełen więźniów. O tym, kto teraz miał do niego trafić, nie decydowali już funkcjonariusze władz spod znaku czarnego orła z hakenkreuzem, ale białego bez korony. Obóz pracy "Zgoda" w Świętochłowicach podlegał Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. Byli więźniowie i ich rodziny przez lata bali się opowiadać swoje historie. Historie o biciu, głodzie, chorobach, strachu i śmierci. Na sześć tysięcy osób, które przeszły przez "Zgodę" zmarło - według potwierdzonych danych IPN - 1855 ludzi. Nieoficjalne liczby mówią o 2,5 tys. ofiar.

"Każdy Niemiec to faszysta"

- Baliśmy się strasznie Sowietów, (…) ale myślałam, że nareszcie się to skończyło, będzie spokój, będą banany, czekolada, kiedyś miałam wychowawczynię w domu. To było radosne, wojna się skończyła i znów będzie Polska - wspomina 27 stycznia 1945 roku, dzień, w którym do Katowic wkroczyła Armia Czerwona, Dorota Boreczek. Jest drobną kobietą. Może nawet tego samego wzrostu, gdy była 14-latką, a wojna chyliła się ku końcowi. Tylko blond włosy zamieniły się w srebrne. Jako nastolatka pamiętała kraj przed okupacją i tęskniła za tamtymi dniami. Pochodziła z majętnej śląskiej rodziny, jej przodek Kazimierz Skiba był nazywany ostatnim polskim sołtysem Katowic. Rządził, wówczas jeszcze wsią, w XIX wieku. Miesiąc po "radosnym dniu" wejścia sowietów okazało się, że żadne z marzeń dziewczyny się nie spełni. - Raptem dzwonek do drzwi. Przyszedł pan z biało-czerwoną opaską i grzecznie poprosił matkę, by poszła z nim wyjaśnić jakieś sprawy. Ja też miałam iść - opowiada Boreczkowa. Obie trafiły do siedziby nowopowstałego Urzędu Bezpieczeństwa przy ul. Powstańców.W czasie wojny mieściło się tam gestapo.
-Odebrali nam wszystko. Z mamy torebki wyjęli chusteczkę, podarli ja na pół i każda z nas dostała kawałek Dorota Boreczek, była internowana w obozie "Zgoda"
Odebrali nam wszystko. Z mamy torebki wyjęli chusteczkę, podarli ja na pół i każda z nas dostała kawałek. Poszłyśmy na dół do więzienia. (…) Tam zastałyśmy kobiety pobite, krwawiące, posiniaczone. (…) Nikt przez cały ten okres nas nie przesłuchał - opowiada. Ostatecznie obie zostały wysłane do obozu "Zgoda" i były tam aż do jego likwidacji. - Myślałam, że zacznie się normalne życie, a zaczęło się piekło - wspomina 1945 rok Boreczkowa. Trzęsą jej się ręce. By je uspokoić, obraca w dłoniach szklankę soku. Dlaczego ją aresztowano? - Ciągle podejrzewam, że to przez część mojej rodziny - wyznaje.

- Moja rodzina - tak dziwne mi się to dziś wydaje - oczekiwała z przyjściem Sowietów jakiegoś rodzaju wyzwolenia. Ojciec, jako socjaldemokrata, był od dojścia do władzy NSDAP aż do 1945 roku prześladowany przez nazistowski reżim. Pamiętam, jak powtarzał wtedy często, że nie może nas spotkać nic gorszego niż za czasów nazistów - opisuje Gerhard Gruschka; dawniej mieszkał w Gliwicach. Jako dziecko został wydalony z Jungvolku, bo "służba przy ołtarzu jest dla niego ważniejsza niż służba ojczyźnie" - przytacza we wspomnieniach treść zwolnienia. Niemiecka rodzina uważała więc, że nie ma powodów, by uciekać z zajmowanego miasta. Jednak 3 kwietnia w ich domu pojawili się "czterej żołnierze w zielonych czapkach". Gruschka wspomina, że jego ojciec próbował wytłumaczyć NKWD, że nie mają nic wspólnego z nazistami. Usłyszał jedynie: "Wszyscy Niemcy to faszyści". Padł cios kolby pistoletu w głowę. - Na koniec kazano mi się ubrać i iść z nimi. Matka zaczęła płakać, a ja w swej naiwności próbowałem ją pocieszyć, mówiąc, że wrócę następnego dnia - dodaje. Nie wiedział, że matki nie zobaczy jeszcze przez wiele miesięcy. Spotkają się dopiero na cmentarzu, gdy będzie grzebał ciała w masowych grobach. W dniu zatrzymania miał 14 lat.

- Ojciec został zabrany 27 lutego 1945 roku. Miałem wtedy sześć lat, ale pamiętam, jak przyszli nocą.
Chodzili po trzech-czterech, ulica po ulicy. Byli w cywilu, mieli rogatywki i biało-czerwone opaskiPiotr P., syn więźnia obozu w Świętochłowicach
Chodzili po trzech-czterech, ulica po ulicy. Byli w cywilu, mieli rogatywki i biało-czerwone opaski. - wspomina Piotr P. - Pierwsze pytanie było o volkslistę. Ojciec miał III kategorię. Wzięli go pod pretekstem wyjaśnienia. To wyjaśnienie trwało do listopada - dodaje syn byłego więźnia "Zgody". Ponad 60 lat później przyjechał pod bramę obozu, by ją zobaczyć. Jego ojciec do końca życia nie chciał więcej oglądać tego miejsca. Jak mówi Piotr P., przed wojną i w czasie okupacji jego ojciec pracował jako kierowca dla firmy transportowej. - Dowozili różne rzeczy, też dla zarządu miasta. Przez to ojciec potem mógł być posądzany o współpracę z Niemcami, a to był jedyny ratunek, żeby nie iść do wojska - wyjaśnia.

- To byli tutejsi ludzie, zwykły sąsiad, który miał opaskę biało-czerwoną, chodził z karabinem i robił, co mu się podobało - wspomina Rudolf Gocman. - Przyszli po ojca rano 17 maja, w urodziny mamy. Mnie nie było w domu. Kazali, jak ja wrócę, żebym się zgłosił na policję. (…) Jak tam przyszedłem, to mnie do piwnicy zawrzyli (zamknęli - red.). Ojciec już tam siedział - ciągnie starszy dziś człowiek i wyjmuje dokumenty, listy, które rodzina zachowała z tamtego okresu. Gdy został aresztowany, miał 16 lat. Jego ojciec miał I kategorię na volksliście. Miał też sklep, kolonialkę. Dla Gocmanów zaczęła się droga kolejnych piwnic UB, w Rybniku, potem Katowicach i kolejnych brutalnych przesłuchań. Ostatecznie obaj trafili do obozu "Zgoda". Jak wspomina Rudolf Gocman, z ich rodzinnej miejscowości znaleźli się tam też właściciel cukierni i rzeźnik.


"Nie trzeba wiele, by tam trafić"

Do obozów mieli być wysyłani członkowie nazistowskich organizacji i ci, którzy współpracowali ze zbrodniczymi władzami. Jednak bramę "Zgody" otwarto dużo szerzej. - Selekcja więźniów była mocno chaotyczna i miała w sobie oznaki wielu nadużyć. Naprawdę nie trzeba było dużo, by trafić do "Zgody" - wyjaśnia Adam Dziurok z katowickiego IPN, który bada dzieje obozu w Świętochłowicach. Czasem wystarczył donos sąsiada albo to, że rodzina miała duże mieszkanie. Zamykano nawet matki z dziećmi. Według raportu statystycznego z sierpnia 1945 roku w obozie było dwoje dzieci, które miały mniej niż półtora roku.

Więźniowie pochodzili głównie z przedwojennego województwa śląskiego i terenów należących wówczas do Rzeszy. Dla władz komunistycznych ci drudzy byli po prostu Niemcami. Jednak sprawa nie była tak prosta, bo granice państw na Śląsku zmieniały się przez wieki jak w kalejdoskopie z każdym obrotem dziejowej zawieruchy. - Reichsdeutche, czyli osoby z obywatelstwem niemieckim, nie zawsze byli narodowości niemieckiej. Część z nich była Ślązakami, autochtonami, posługiwała się gwarą śląską - mówi Dziurok.

Drugą grupę więźniów stanowiły osoby wpisane na volkslisty. Ślązacy musieli podczas wojny wypełniać kwestionariusze, na podstawie których przypisywano poszczególne kategorie volkslisty: I oznaczała osobę o narodowości niemieckiej aktywną politycznie; II przyznającą się do niemieckiej narodowości, ale bierną politycznie; III pochodzenia niemieckiego uznaną za spolonizowaną; IV Polaka, który był "rasowo wartościowy", działał na rzecz III Rzeszy. I tu rzeczywisty podział narodowy wymykał się tworzonemu podczas wojny spisowi, gdy potrzebowano mięsa armatniego. -
Władze komunistyczne niejako usankcjonowały podział stworzony przez władze niemieckie, choć sami Niemcy przyznawali już w czasie wojny, że volkslista nie dokonała segregacji narodowejAdam Dziurok, IPN
Władze komunistyczne niejako usankcjonowały podział stworzony przez władze niemieckie, choć sami Niemcy przyznawali już w czasie wojny, że volkslista nie dokonała segregacji narodowej. Była działaniem ułomnym, ponieważ klasyfikowano do wyższych grup osoby, na których władzom niemieckim zależało, np. by powołać je do Wehrmachtu, albo fachowców, którzy mieli pracować w przemyśle - tłumaczy badacz IPN.

"Mam go zastrzelić?"

Nim więźniowie przekroczyli bramy obozu "Zgoda", byli ewidencjonowani. - Mnie przyjmował komendant (Salomon) Morel. Był w polskim mundurze, na kolanach siedziała mu jakaś niewiasta. Machał pistoletem i pytał: czy mam go zastrzelić, mam go zastrzelić? Ona nie powiedziała nic. Dostałem tylko kopniaka - wspomina Rudolf Gocman (sekretarka, która pracowała w obozie, została żoną Morela).

Dorota Boreczek pamięta, że więźniowie musieli się obrócić twarzą do ściany i wyciągnąć ręce. - Na przywitanie powiedzieli: jesteście tu, żeby wyzdychać, stąd nikt nie wyjdzie, wyniesiemy was - opowiada. Godziny mijały. Nagle seria z karabinu. - Myślałam, że to już koniec. Odwróciłam się. Jakiś oficer powiedział: nie jesteście godne strzału kur… hitlerowskie - mówi Boreczkowa. Uśmiecha się smutno. - Od tego czasu swobodnie używam tego słowa - dodaje.

Każdemu, kto trafiał do swojego baraku, ukazywał się ten sam widok. Długa sala trzypiętrowych prycz. Niedługo po otwarciu obozu tak już przepełnionych, że na jednym łóżku spały po trzy osoby. Luźno ułożone deski sprawiały, że ludzie spadali we śnie na siebie, raniąc się boleśnie. Pierwszy krok przez próg baraku wystarczył, by na nowych więźniach lądowały setki wszy i pluskiew. - Odpięłam żakiet, a one już po mnie chodziły - wspomina Dorota Boreczek.

- Jak jo z domu wyszedł, tak żech był w Rybniki, tak żech był w Katowicach i tak żech przyszał do obozu. Nie ma się co dziwić, że wszędzie było pełno wszy. My nie mieli ręcznika, mydła, my nic nie mieli - mówi Gocman i pokazuje brzeg nogawki spodni - Były pełne wszy - tłumaczy. Pluskwy, wszy i szczury były plagą obozu. Roznosiły choroby, ale więźniowie nie byli w stanie się ich pozbyć. Chodzili spuchnięci od ukąszeń, z rozdrapanymi ranami. W końcu nadzorcy obozu zarządzili golenie włosów. - Myślę, że to było planowane, żeby nas bardziej upokorzyć. W tamtym czasie stracić włosy to było coś makabrycznego. Ale to była jedyna dobra rzecz ze względu na wszy - mówi Boreczkowa.

Głód. Potworny. Ci, którzy w ogóle dostawali jedzenie, musieli przeżyć o kawałku chleba i wodnistej zupie. - Roz na dzień był chleb na sześć osób. Te dzielenie tego chleba to była taka specjalność, robili to sznurkiem. Kożdy zaglądał, żeby któryś kawałek nie był większy, mniejszy - mówi Gocman. Była też zupa. - Pastewne buraki krote (krojone - red.) na cienkie plastry i kwaszone, jak do dobytku, prawdopodobnie to było dla bydła. I woda, nic więcej. To było tak kwaśne, tego się nie dało jeść. My nie mieli nawet do czego tej zupy nabrać. (…) Człowiek nic nie mioł i był bogaty, jak puszka się zdobyło - dodaje.


Rodziny więźniów, które przełamywały strach, że same będą aresztowane, przychodziły pod obóz. Oddawały strażnikom jedzenie dla bliskich. Ale nie zawsze docierało ono do więźniów. "Pewnego razu moja kuzynka przyniosła dla mnie pod druty dzbanek zupy i przekazała go strażnikowi. Ja podszedłem do tego strażnika z zapytaniem, czy czegoś dla mnie nie dostał. Odpowiedział wtedy, że nic nie dostał, ale on mi coś da. Zabrał mnie do pustego baraku, gdzie kazał mi się położyć na ziemi i liczyć do 25, a on w tym czasie bił mnie pejczem" - zeznał w 1993 roku przed IPN-owskim prokuratorem Nikodem Osmańczyk. Inny były więzień opowiedział, jak wartownicy odbierali paczki od córki mężczyzny, od dawna nieboszczyka. Więcej jedzenia udawało się zdobyć tylko tym więźniom, którzy byli wysyłani do pracy w okolicznych hutach i kopalniach. Ich pracownicy dzieli się czasem tym, co mieli lub przekazywali wiadomości do domu więźnia. Wielu osadzonym w "Zgodzie" właśnie tak udało się poinformować bliskich: ja żyję.

"Gdy się nie wpiszesz, Ty stary ośle"

Jeśli ktoś odmówiłby wpisania na volkslistę? -
Na Śląsku funkcjonował taki wierszyk: Jeśli się nie wpiszesz, twoja wina, zaraz cię wezmą do Oświęcimia, a gdy się wpiszesz, ty stary ośle, to cię Hitler na Ostfront pośleAdam Dziurok, IPN
Na Śląsku funkcjonował taki wierszyk: "Jeśli się nie wpiszesz, twoja wina, zaraz cię wezmą do Oświęcimia, a gdy się wpiszesz, ty stary ośle, to cię Hitler na Ostfront pośle" - odpowiada Adam Dziurok, zaznaczając, że pokazywał on skrajne możliwości, bo były też osoby, które nie zgodziły się na wpis. Jednak nieoddanie deklaracji groziło represjami: od zwolnienia z pracy czy przesiedlenia po wysłanie do obozu koncentracyjnego lub rozstrzelanie. Badacz wyjaśnia, że śląskie władze kościelne i biskup Stanisław Adamski zalecały podawanie narodowości niemieckiej jako taktykę maskowania się. - Powiedzmy, że jesteśmy Niemcami, to nas tutaj spokojnie zostawią i unikniemy represji - takie myślenie przeniosło się na cały okres wojenny, a później, niestety, bardzo negatywnie odbiło się na pierwszych latach po wojnie, ponieważ niemalże cała ludność Śląska została gremialnie uznana za zdrajców i zaprzańców. To z kolei było pokłosiem patrzenia z perspektywy Generalnego Gubernatorstwa, gdzie faktycznie volksdeutsch był typem renegata, ale na terenach, gdzie obowiązywał przymus złożenia deklaracji, trudno mówić o masowym zaprzaństwie - mówi Dziurok. Według danych IPN, do października 1943 roku na terenie dawnego województwa śląskiego na volkslistę wpisano niemal 1,3 mln ludzi - 95% mieszkańców.

Oprócz Niemców i Ślązaków, w świętochłowickim obozie przetrzymywano także Polaków z centralnej części kraju oraz obcokrajowców 13 narodowości. Jedną z więźniarek była Wanda Lagler, krewna Pawła Strzeleckiego, polskiego podróżnika i geologa. Przyjechała do powojennej Polski ze Stanów Zjednoczonych, by zająć się sprawą majątkową zmarłego. Podwójne obywatelstwo, amerykańskie i polskie, wystarczyło, żeby uznać ją za szpiega. Nie przeżyła obozu.

Trafił tam też 14-letni Holender Eric van Calsteren. Nie pomogły tłumaczenia, że nie jest Niemcem i urodził się w Hadze."„Masz niebieskie oczy i blond włosy, należysz do germańskiej szlachty, bo Holendrzy mają czarne włosy i mówią po francusku" - usłyszał na przesłuchaniu.

"Leżał zimny na pryczy"

Nastoletni Holender tak wspomina swoją pierwszą noc w "Zgodzie": "Zapaliło się światło i pojawiło się komando powitalne milicji. Musieliśmy ustawić się w rzędzie i zaraz okładano nas pięściami i butami". Chłopiec miał tego dnia szczęście, uniknął ciosów. "Nastał ranek i wypędzono nas z bloku na apel. Pan Schneider (jeden z więźniów - red.) leżał zimny na swojej pryczy (…). Ale także on musiał być na apelu i leżał tak przed nami".

- Ojciec opowiadał straszne rzeczy o obozie. Był bity, nie raz. Kiedyś kazali mu bić innego więźnia. Dali bykowiec do ręki. Ojciec zamachnął się i lekko go uderzył. Kiedy to zobaczyli, uderzyli ojca taboretem w głowę. Zemdlał - mówi Piotr P., bierze wdech. Dalej opowiada już ciszej. Jego ojciec miał 37 lat, gdy trafił do świętochłowickiego obozu. Przeżył, ale trzy lata później stracił wzrok. Syn podejrzewa, że miało to związek z razami zadanymi w głowę.

O biciu drewnianym taboretem, które nie raz kończyło się śmiercią, mówiło w swoich relacjach dla IPN kilku byłych więźniów. Miała to być "specjalność" komendanta obozu, Salomona Morela. Pochodził z żydowskiej rodziny z Grabowa. W czasie wojny policja granatowa zastrzeliła jego rodziców i brata, choć więźniom obozu miał mówić, że zginęli w Oświęcimiu. Morel i jego drugi brat ukrywali się u sąsiada. Potem przyłączyli się do partyzantki działającej na terenie Lubelszczyzny. Wkrótce nową rodziną Morela stała się Gwardia Ludowa, a po wojnie UB. Został strażnikiem więzienia w Lublinie, gdzie zamykano członków AK. Adam Dziurok doszukał się informacji, że przełożony Morela prosił o jego zwolnienie jako "elementu szkodliwego w administracji więziennej|. Ale Morela przeniesiono na Górny Śląsk. Został naczelnikiem obozu pracy w Świętochłowicach. Miał wtedy 26 lat.

- W marcu poszliśmy z mamą pod obóz. Było widać baraki.
Taki pan szedł, opierając się o barak. Zrobiło mi się żal tego człowieka, ledwo chodził. Nie poznałem, że to ojciecPiotr P.
Taki pan szedł, opierając się o barak. Zrobiło mi się żal tego człowieka, ledwo chodził. Nie poznałem, że to ojciec. Chorował na początku, nie dostawał jedzenia, wzięli mu kurtkę, miał skórzaną - opowiada Piotr P.


"Zdrajcy Narodu"

Większość obozów na Śląsku, bo "Zgoda" nie była jedynym, podlegała Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. - O skierowaniu do obozów decydował Urząd Bezpieczeństwa, milicja, także NKWD. Te trzy instytucje zajmowały się zapełnianiem tych więzień, ale głównie UB. Tylko w nielicznych przypadkach funkcjonariusze uzyskiwali sankcje prokuratorskie - wyjaśnia Adam Dziurok z IPN. Podstawą prawną do zatrzymań był m.in. dekret PKWN z 4 listopada 1944 r. "o środkach zabezpieczających w stosunku do zdrajców Narodu". Rzecz w tym, że dotyczył on Generalnego Gubernatorstwa i województwa białostockiego, formalnie więc nie obejmował Górnego Śląska. A nawet zgodnie z dekretem, "skierowanie do miejsc odosobnienia" zarządzał prokurator. Majątek "zdrajców Narodu" był konfiskowany. Więźniowie trafiali do obozu także na mocy ustawy z 6 maja 1945 roku "o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów". Osoby z III i IV kategorią volkslisty musiały zadeklarować wierność Państwu Polskiemu, z II kategorią złożyć wnioski o rehabilitację. W razie odrzucenia były wysyłane na czas nieokreślony do obozu pracy przymusowej - kara, której koniec był nieznany. Decydować miał o tym sąd grodzki.

W obozie pracy "Zgoda" byli jednak ludzie z niższą kategorią niż II czy bez volkslisty. Ilu więc więźniów mogło faktycznie popełnić przestępstwa? Według obozowych akt z 1 lipca 1945 roku, spisanych przez samych nadzorców "Zgody", w rubryce "współpraca z Niemcami" jest wpisanych 34 mężczyzn i sześć kobiet. 40 osób na kilka tysięcy więźniów. - Tak naprawdę nie udało mi się odnaleźć dużej liczby osób, które przebywały w "Zgodzie", skazanych później za przestępstwa okupacyjne - mówi historyk.

Jednak UB bardzo dbało, by mieszkańcy Śląska myśleli, że do obozów przymusowej pracy trafiają tylko naziści. Gdy z Katowic do "Zgody" maszerowała pod karabinami pierwsza grupa więźniów, osoba z przodu kolumny była owinięta hitlerowską flagą. Także kiedy więźniowie wychodzili do pracy, na plecach malowano im swastyki. "Skoszarować niemców" (pisownia oryginalna - red.) - brzmiał nagłówek katowickiej "Gazety Robotniczej" z czerwca 1945 roku. Artykuł kończy akapit: "a pozostałe po nich mieszkania oddać ciężko pracującym".

"Śpiewać 'Horst-Wessel-Lied'!"

Barak 7 budził największą grozę. Ci, którzy przetrwali pobyt w obozie, mówią to samo: w nocy dochodziły stamtąd niewyobrażalne krzyki, rano przez okna wyrzucano ciała. "Brunatny barak", jak go nazywano, miał być przeznaczony dla członków NSDAP, Hitlerjugend i kolaborantów. W praktyce lądowali w nim także ci, którzy mówili jedynie po niemiecku, jak 14-letni Gerhard Gruschka i Eric van Calsteren. - Nikt nie mówił wtedy o swojej politycznej przeszłości, ale oprócz większości prostych Górnoślązaków wśród uwięzionych mogli naturalnie również być dawni narodowi socjaliści. Jako młodzi tworzyliśmy grupę, która w pewien sposób była odsunięta od starszych współwięźniów - opisuje Gruschka.

Do "brunatnego" bloku trafił też ojciec Rudolfa Gocmana - z obozu już nie wrócił. Syn pokazuje zawiadomienie, które Gocmanowie dostali w 1948 roku, trzy lata po śmierci głowy rodziny, o zaniechaniu śledztwa wobec niego za odstępstwo od narodowości w czasie wojny. - W bloku 7 prawie nikt nie uniknął ciągłych tortur. (…) Morel był najbardziej zaangażowany w tzw. naloty (jako komendant obozu był naturalnie "prowadzącym"). Już pierwszej nocy odczułem jego brak litości - opowiada Gruschka. Komendant kazał śpiewać więźniom nazistowską pieśń, Horst-Wessel-Lied. Przy każdym wersie padały na nich ciosy. - Znałem pierwszą zwrotkę, ale kiedy Morel nakazał: śpiewać drugą zwrotkę!, nie potrafiłem tego zrobić. Zaraz zwróciłem jego uwagę. Wyciągnął mnie z rzędu i wściekły uderzył gumową pałką - opisuje. Miesiąc przed kapitulacją III Rzeszy 14-letni Gruschka musiał nauczyć się całej pieśni, która była hymnem SA.

Gruschka wymienia również inną torturę, którą upodobać miał sobie Morel - "piramidę". Więźniowie musieli kłaść się warstwami na sobie po kilka osób. Na szczyt ludzkiej piramidy wchodził jeden z funkcjonariuszy. Ciężkie buty uderzały w wycieńczone ciała. Dla więźniów na dole był to "taniec śmierci".

-
Na każdym porannym i wieczornym apelu padał rozkaz: "do modlitwy" i śpiewaliśmy pieśni kościelne. To było wyjątkowo groteskowe rankiem, po nocnych torturach i zabójstwachGerhard Gruschka, były więzień obozu "Zgoda"
Na każdym porannym i wieczornym apelu padał rozkaz: "do modlitwy" i śpiewaliśmy pieśni kościelne. To było wyjątkowo groteskowe rankiem, po nocnych torturach i zabójstwach - tłumaczy Gruschka, który podkreśla, że sam został wychowany w katolickiej rodzinie.

20 kwietnia, w dniu urodzin Hitlera, obsługa obozu urządziła osadzonym wymyślne przyjęcie - bicie i tortury. Gruschka wspomina także noc po kapitulacji Niemiec. - Zostaliśmy wygnani z baraku na plac apelowy. Musieliśmy się położyć na ostrym żwirze i strażnicy w oficerkach wiele razy po nas przebiegali, także po głowach - opisuje. Potem padała komenda "powstania". Więźniów pędzono do łaźni. Rany po ostrych kamieniach piekły pod wodą. Znów na plac. Komenda "padnij".


"Nie czułem swojego ciała"

Powieszenie lub druty pod napięciem - to, według zeznań niektórych osadzonych, wybierali ci, którzy nie wytrzymywali warunków obozu. "Było wielu więźniów, którzy już za życia byli martwi" - pisze we wspomnieniach Eric van Calsteren. Holender postanowił uciec. Więźniowie bloku 7 nie chodzili do pracy poza obóz, ale wysyłani byli tam wybrani z innych baraków. Van Calsteren i jeszcze jeden osadzony ukryli się o trzeciej w nocy w latrynie. Rankiem, gdy formowano kolumnę wychodzącą do pobliskiej kopani, wmieszali się w tłum. Więźniowie wymaszerowali za druty obozu. Udało się.

Oddech wolności był jednak bardzo krótki. Następnego dnia aresztowano matkę chłopca. Miał teraz wybór: albo dobrowolnie się zgłosi na milicję, albo jego miejsce w obozie zajmie matka. Poddał się. Do obozu odwoził go komendant Morel. "Na moje pytanie, czy mógłbym zapalić, natychmiast odpowiedział: tak. Wyciągnąłem z kieszeni złotożółtą torebkę krymskiego tytoniu. (…) Morel też ukręcił sobie papierosa z tego tytoniu i schował go do własnej kieszeni. (…) ‘Ty, więzień palisz lepszy tytoń niż ja - tak być nie może’" - rozmawiali po niemiecku, bez krzyków, bez gróźb. Dojechali do obozu. Tam chłopakowi zabrano świeże ubranie i buty, dostał w zamian łachy. Ale nie spotkało go to, czego się tak bał - kara pięści. Spokój. Kazano mu pozbierać drobne kamienie z placu apelowego i klęczeć na nich. "Bardzo bolało, ale po godzinie już nic nie czułem". Spokój. Wieczorny apel i rozejście się na noc do swoich baraków. Spokojny sen?

Strażnicy zjawili się w środku nocy, czterech mężczyzn. Holendra postawiono na równe nogi. "Dlaczego uciekłeś?". Jak pisze van Calsteren, po każdym takim pytaniu dostawał cios w żołądek. Skłon z bólu i cios w twarz. Padał na ziemię. Znów stawiano go na coraz mniej równe nogi. "Strażnicy złapali żelazny pręt (…). Tym prętem bito mnie po nogach tak skutecznie, że je uszkodzono. Gdy już leżałem na ziemi, jeszcze mnie kopali. (…) Słyszałem już głosy jakby z oddali i nie czułem swojego ciała". To koniec - myśleli współwięźniowie. Nad ranem 14-latka zaniesiono do ambulatorium.

Rany Holendra, zawijane w "papier, który przypominał toaletowy", nie chciały się goić. "Każdego ranka musiałem ten papier toaletowy odwijać z nóg, a tam gnieździło się więcej niż sto wszy. (…) Moje nogi były całe w ropie i czerwone jak ogień" - wspomina van Calsteren. Według Gruschki, ze starych ziół robiono wywar, który pomagał w usuwaniu larw z ran. Zioła i papier toaletowy - tylko to było na stanie ambulatorium. Lekarze też byli więźniami. To, że codziennie umierali ludzie, stało się normalne. Umierali wszędzie, w umywalni, w toalecie, w łóżku i obok łóżka. (…) Zdychało się całkiem normalnie, jak zwierzę" - opisuje van Calsteren.

"Więźniowie myśleli, że oszalała"

Prawdziwe żniwa śmierci miały jednak dopiero nadejść. Latem 1945 roku w obozie wybuchły epidemie tyfusu plamistego i brzusznego oraz czerwonki. Przepełniony obóz pustoszał z każdą chwilą, a z trupiarni wywożono coraz więcej ciał. Co dzień umierało kilkadziesiąt osób. Do tej pory po obozie nie można było chodzić swobodnie, a do toalety pozwalano iść jedynie w 10-osobowej grupie. Podczas epidemii strażnicy jednak woleli się nie pokazywać za drutami. Rygor zmniejszył się.

- Była taka dziewczyna, tramwajarka, 19-letnia. (…) Była już bardzo chora, miała wtedy tyfus i leżała półprzytomna na pryczy. (…) Blokowa, nazywała się Piwko, kazała tej dziewczynie myć podłogę. (…) Złapała ją za włosy i ściągnęła z pryczy, kopnęła kilka razy. Ona leżała i nie ruszała się w ogóle. (…). Zaczęła się wojna o garderobę, bo nie miałyśmy co ubrać. Jak się podzieliły, to trupa przez okna. (…) Gdzieś nad ranem ona wchodzi z powrotem, zataczając się. Żyła - opowiada Dorota Boreczek. Sok, który trzymała, wypada jej z rąk, rozlewa się.

Na tyfus zachorowała także matka 14-latki. Chorych jeszcze wynoszono wówczas do ambulatorium. Wkrótce było ich tak wielu, że brakowało tam miejsca. - To było dla mnie straszne przeżycie. Mama wiedziała, jak ja rozpaczam i żebym się nie martwiła zaczęła śpiewać. (…) Inni więźniowie myśleli, że oszalała - mówi Boreczkowa. Dziewczyna wymykała się oknem do matki. Kobietę upuszczono z noszy, rozbiła głowę. Gdy zobaczyła ją córka, z nosa i uszu leciała jej krew. Podczas jednego z takich wypadów nastolatkę złapał "więzień bez ręki", kapo. Zagroził karcerem, ale nim tam trafiła, sama zachorowała. Gorączka i przebłyski pamięci: gdy przygarnia ją pod swój koc Szwajcarka o nazwisku Roth i gdy budzi się, ale kobieta obok niej już się nie rusza. - Leżałam obok trupa. Moje pierwsze odczucie: radość, że mam dla siebie koc. To już nie było ludzkie. Miałam jej koc - mówi. Jeszcze jeden przebłysk. - Słyszę: moje dziecko, Dorota, blondynka, kto widział moje dziecko. Patrzę, a moja mama wchodzi na czworaka, jak pies, upokorzona. Zobaczyłam matkę i żadnych uczuć. Co się dzieje z człowiekiem? - mówi Boreczkowa. Do dziś miewa stany lękowe, budzi się w środku nocy, sen odchodzi, a wracają potworne wspomnienia. Wiezienie dalej jest w drobnej kobiecie.

Tablica pamiątkowa przed bramą obozu pracy przymusowej w Świętochłowicach (fot. wp.pl)
Gdy Gerhard Gruschka zachorował na tyfus, opiekował się nim jeniec wojenny z okolic Magdeburga. Karmił chłopca owsianką, która pojawiła się w obozie w czasie epidemii. - Jestem pewien, że uratował mi w ten sposób życie. Sam zmarł - wspomina Gruschka.


Dyrektor departamentu więziennictwa MBP ukarał Morela 3-dniowym aresztem domowym i potrącił połowę pensji za to, że naczelnik dopuścił do wybuchu epidemii i nie poinformował o tym na czas zwierzchników. Morel jednak nie czuł się odpowiedzialny za śmierć chorych. Tylko w sierpniu zmarło 632 więźniów. Chowano ich w zbiorowych mogiłach na okolicznych cmentarzach. Przy wywożeniu ciał pomagali więźniowie. Pilnujący ich strażnik za opłatą (wódka, złoto lub biżuteria) pozwalał na kontakt z rodziną. Tak Eric van Calsteren i Gerhard Gruschka, którzy pracowali jako grabarze, pierwszy raz od miesięcy mogli spotkać się z matkami.

"Przepraszam w imieniu narodu polskiego"

Rodziny więźniów robiły, co mogły, by wydostać bliskich. Żony i matki wysyłały listy do obozu, do prokuratury, do wojewody. Zbierały zaświadczenia, że ich krewni nie prześladowali Polaków w czasie wojny. "Najmłodszy syn męża (…) znajduje się przy Wojsku Polskim (…). Czy za to więc, że mąż wychował swe dzieci w duchu polskim i posyłał do polskiej szkoły został osadzony w obozie? Czyliż naprawdę tylko tzw. volkslista II kategorii jest miarodajna w osądzaniu ludzi? (…) Dlatego, że mąż ratował i ukrywał Polaka, którego szukały byłe niemieckie władze (…) dziś znosi takie poniżenia?" - pisała zrozpaczona Elżbieta Konik do komendanta obozu "Zgoda".

Jesienią do Świętochłowic przyjechała komisja prokuratorska. Przesłuchano więźniów - niektórych pierwszy raz od zatrzymania. Ericowi van Calsterenowi udało się, dzięki matce, przemycić do obozu metrykę urodzenia i paszport. Pokazał dokumenty komisji. Zapadła cisza. "Przepraszam w imieniu narodu polskiego, była jeszcze wojna i to mogło się łatwo zdarzyć" - wspomina Holender tłumaczenie prokuratora. Mógł wrócić do ojczyzny. Tuż przed śmiercią w 1993 roku - niczym testament - spisał ręcznie swoje wspomnienia.

Ostatecznie ze "Zgody" zwolniono 1341 osadzonych, prawie wszystkich, którzy przeżyli epidemię, głód i znęcanie się. Obóz zamknięto w listopadzie 1945 roku. - Ważyłam 34 kg. Zawszone, bez włosów, bose, przestraszone przyszłyśmy do domu - opowiada Boreczkowa. Ich mieszkanie było już zajęte. - Ta dama powiedziała mi, że zaraz nas każe znowu aresztować - dodaje. Razem z babką zamieszkały w piwnicy własnego domu. - Mama miała pękniętą czaszkę, strasznie cierpiała, potem w tym miejscu rozwinął się nowotwór mózgu - opowiada Boreczkowa. Rozpoczął się nowy koszmar - choroba. Okazało się też, że i jej ojciec nie uniknął represji. Trafił do więzienia. Córce dopiero niedawno udało się oczyścić sądownie jego imię.

Nielicznych więźniów "Zgody", wobec których istniały jakieś podejrzenia, wysłano do innych obozów. Wśród nich Gerharda Gruschkę, nastolatka, który od miesięcy uwięziony nie miał pojęcia, jak wiele zmian zaszło za drutami obozu. Na pytanie komisji, czy wróci do polskich Gliwic, naiwnie odpowiedział: "to przecież niemieckie miasto".

16-letniego Rudolfa Gocmana jeszcze latem oddelegowano do pracy przy jednej z hut, potem do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Wolny był dopiero w lutym 1946 roku. Pięć lat później dostał powołanie do wojska. - Tego drania, tego faszystę do wojska… - mówi Gocman. Został przydzielony do brygad pracy - grupy żołnierzy, która wykonywała ciężkie prace na kopalniach. W latach 90. został odznaczony Krzyżem Więźnia Politycznego.

"Zostałam z wyciągniętą ręką"

Komendanta Salomona Morela po zamknięciu "Zgody" przeniesiono do innego więzienia. W 1946 roku dostał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polskiego, a w 1954 - Złoty Krzyż Zasługi. Pracował do 1968 roku.

Boreczkowa spotkała ponownie byłego komendanta "Zgody" na początku lat 90., gdy przyszła złożyć zeznania do prokuratury. Zbierano już wtedy dowody zbrodni w obozie. - Wszedł jakiś pan, tłusty, zaniedbany brudny. Prokurator zapytał, czy go poznaję. Odpowiedziałam, że nie. Powiedział, że to Morel. (…) Podeszłam do niego z wyciągniętą dłonią i powiedziałam: panie Morel, był pan okropny, ale był pan młody i pewnie nie wiedział pan, co robi. On na to: to co pani opowiada o obozie to kłamstwa, ja zajmę stanowisko na piśmie. Trzasnął drzwiami. A ja zostałam z tą wyciągniętą ręką - opowiada kobieta.

Morel był przesłuchany przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w 1991 roku. Wysłał później list do komisji, w którym pisze, że "nie było bunkra śmierci i nie było ani jednego wypadku, ażeby ktoś z więźniów rzucał się na druty. Nie było absolutnie powodu, ponieważ przebywający tam więźniowie czuli się dobrze". Zeznania Doroty Boreczek nazwał "wierutnymi kłamstwami wyssanymi z palca". W 1992 roku, gdy oficjalnie wszczęto śledztwo w sprawie obozu "Zgoda", Morel wyjechał do Izraela.


Krzyż na cmentarzu, gdzie w masowych grobach chowano zmarłych w obozie (fot. wp.pl)
W 1998 roku polskie ministerstwo sprawiedliwości wysłało do izraelskiego odpowiednika wniosek o ekstradycję Morela. Odpowiedziano, że zarzucane mu zbrodnie uległy przedawnieniu. Historycy zaczęli docierać do nowych dokumentów, zgłaszali się kolejni świadkowie. Od 2003 roku Morela ścigano już za zbrodnie przeciwko ludzkości stanowiące zbrodnie komunistyczne. Były komendant obozu pracy przymusowej w Świętochłowicach nigdy jednak nie stanął przed sądem. Zmarł w Tel Awiwie w 2007 roku. Jak podaje Adam Dziurok z katowickiego IPN, cały czas pobierał polską emeryturę.

Czas zapomnienia, czas pamięci

Najpierw przez ponad 40 lat nie można było mówić o obozie. Potem nieliczni chcieli słuchać. Dziś niewielu już może o tym opowiedzieć. Po dawnym "miejscu grozy" została w Świętochłowicach tylko wielka brama. Jeszcze kilka lat temu prowadziła na ogródki działkowe i plac zabaw. W końcu została przeniesiona nieco dalej. Przed nią (po wielu bataliach między ocalałymi z obozu, rodzinami byłych więźniów, organizacjami, które im pomagały, a urzędnikami) stanęły tablice pamiątkowe. Niedaleko jest też cmentarz, gdzie w masowych grobach chowano zmarłych w obozie. Przy płocie nagrobek "Ofiarom Obozu", obok rozpadający się krzyż i mniejsza tabliczka: "Tu spoczywają pozbawieni życia w 1945 roku więźniowie obozu pracy ‘Zgoda’ w Świętochłowicach". Pali się pod nim znicz.

Małgorzata Pantke, Wirtualna Polska

[1] Wszystkie cytaty dotyczące zeznań złożonych przed Komisją Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Katowicach oraz listów wysyłanych przez bliskich osadzonych w obozie pracy przymusowej w Świętochłowicach pochodzą z publikacji "Obóz pracy w Świętochłowicach w 1945 roku. Dokumenty, zeznania, relacje, listy” pod red. Adama Dziuroka, wydanej przez IPN. Całość znajduje się również w aktach śledztwa IPN.

Gerhard Gruschka wydał także swoje wspomnienia w formie książki - "Zgoda - miejsce grozy”.



wp.pl
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2011-06-02, 20:21   

17 czerwca 2011 po raz kolejny odbędą się uroczystości ku "Czci Ofiar Obozu Zgoda Świętochłowice".

Organizator tegorocznych obchodów TSKN woj. śląskiego( DFK) do współorganizacji uroczystości zaprosił "Komitet Rodzin Ofiar Zgody"
O godz 10.oo. w kościele św. Pawła w Rudzie Nowy Bytom odbędzie się
msza św w intencji ofiar -msza w j. niemieckim.
Następnie przeniesiemy się jak co roku na cmentarz w Rudzie - Nowy Bytom
gdzie pod pomnikiem ofiar odbędzie się dalsza część obchodów.
O godz 12.oo spotykamy się pod Bramą Obozu o godz 12 gdzie po chwili ciszy nastąpi
złożenie kwiatów oraz zapalenie zniczy.
W części oficjalnej wezmą udział przedstawiciele władz wojewódzkich i miejskich ( wysłano zaproszenie) jak również przedstawiciele konsulatu Niemiec oraz VdG w Opolu
Po części oficjalnej nastąpi spotkanie w Zespole Szkół Salezjańskich.
W przeddzień uroczystości delegacja TSKN (DFK) złoży wiązanki kwiatów oraz zapali znicze na na cmentarzu ewangelickim w Świętochłowicach
Tegoroczne uroczystości odbywają się w 20 rocznicę podpisania Traktatu
między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. - 17.06.1991

TSKN woj. śląskiego
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2011-06-26, 15:27   

17 czerwca, jak co roku, pod pomnikiem na Zgodzie odbyły się uroczystości związane z 66. rocznicą likwidacji nazistowskiego, a później komunistycznego obozu. Szesnasty już dzień pamięci ofiar tego miejsca kaźni zorganizowało stowarzyszenie DFK, a obchody zebrały pod symboliczną bramą byłych wzięźniów, rodziny ofiar oraz oficjalne delegacje.

Przemówienia wygłosili przedstawiciele mniejszości niemieckiej, władz wojewódzkich, władz Rudy Śląskiej oraz Ruchu Autonomii Śląska. Modlitwę poprowadził ksiądz Marcin Brzóska ze świętochłowickiej parafii ewangelicko-augsburskiej Jana Chcrzciciela. W krótkim wystąpieniu zaznaczył, że nie ma przyszłości bez przeszłości, a na bazie tragicznych wydarzeń uczyć powinny się młode pokolenia, aby nigdy nie dopuścić do podobnych zbrodni. - Świętochłowice płaczą dziś podwójnie. Za ofiary obozu oraz za ofiary tragedii na Lipinach - mówił.
Na koniec przy asyście orkiestry górniczej oraz chóru nastąpiło złożenie wieńców i zapalenie zniczy. odśpiewano żałobną pieśń "Ich hatt' einen kameraden".

Do stycznia 1945 r. obóz na Zgodzie był filią Auschwitz. Od lutego do listopada 1945 r. podlegał Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego. Przeszło przez niego około sześciu tysięcy osób. Liczba ofiar śmiertelnych szacowana jest na ok. 1 700, inne opracowania mówią nawet o ponad 2,5 tysiącach zmarłych w wyniku morderczej pracy i głodu.
Źródło http://swce.pl/Pamieci-ofiar-Zgody,10720
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3575
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2011-06-28, 19:47   

link do telewizyjnej relacji z obchodów
http://www.tawizja.pl/program,13.html
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
| Wsparcie techniczne: e-matteo.pl

Nasz email


Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 10