Społeczne forum mieszkańców i sympatyków miasta Chorzowa Strona Główna Społeczne forum mieszkańców i sympatyków miasta Chorzowa


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Górnicza tragedia sprzed 55 lat
Autor Wiadomość
Lena 
Administrator Forum



Imię: Lena
Dołączyła: 13 Sty 2006
Posty: 8983
Skąd: Chorzów Stary
Wysłany: 2009-03-21, 11:22   Górnicza tragedia sprzed 55 lat

Górniczą tragedię sprzed 55 lat tuszowały władze

To jedna z najczarniejszych kart polskiego ratownictwa.
Dokładnie 55 lat temu w chorzowskiej kopalni "Barbara-Wyzwolenie" zginęło od 80 do 120 osób: górników, junaków i więźniów.
Prawdziwej liczby ofiar pewnie nigdy nie poznamy. Sprawę tuszowano. Partyjne media donosiły o 45 zmarłych, a służba bezpieczeństwa nękała pogrążone w żałobie górnicze rodziny. Od tej tragedii zaczęto jednak bardziej zwracać uwagę na bezpieczeństwo i w nie inwestować.

- Ci ludzie zginęli z powodu błędów w prowadzeniu akcji ratowniczej, braku łączności, aparatów ucieczkowych i wadliwej wentylacji - podkreśla Bogdan Ćwięk, były ratownik i historyk górnictwa.

To była niedziela 21 marca 1954 roku.
Ogień pojawił się około godziny 19. Zauważył go więzień obsługujący szybik zsypny. Paliła się drewniana obudowa wyrobiska.
Próbowano ją gasić. Nie udało się. Ogień szybko się rozprzestrzeniał wzdłuż pochylni. Tam biegła łatwopalna taśma przenośników i ogumowane przewody elektryczne.

Zaalarmowany sztygar wyprowadził do podszybia 24 osoby.
Jednak w zagrożonym rejonie zostało ich jeszcze 17. Nie powiadomiono ich o niebezpieczeństwie.
Wszyscy zginęli. Trujące dymy obejmowały coraz więcej podziemnych korytarzy. Przestał pracować wentylator. Gazy poszły tam, gdzie uciekali ludzie i gdzie miało być bezpiecznie.
W jednym z przekopów zginęło 50 osób.

W następnych oddziale ofiar było 13. Kolejni górnicy chcieli wyjść na powierzchnię przedziałem drabinowym w szybie. Trafili w pułapkę, bo drabiny zdemontowano w obawie przed ucieczką więźniów.

Akcję ratowniczą organizowali inżynierowie Chorzowskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego i Ministerstwa Górnictwa. Popełniono wiele błędów. Tuszowano liczbę ofiar.

- Takie były czasy. Władze nie chciały zniechęcić ludzi do pracy w kopalniach - podkreśla Bogdan Ćwięk.

Ludowa władza węszyła dywersję. Na poszukiwanie potencjalnych sabotażystów ruszyli funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa z Katowic, Gdańska i Krakowa. Grupy działały niezależnie. Chwilami po prostu paraliżowały pracę ratowników.
Na kilka dni uwięziono elektryka Klasika. Kiedy wybuchł pożar, pracował w warsztacie. Rzucił wszystko i pobiegł ratować szwagra - Palaszka. Nie zdążył. Sam ledwo uszedł z życiem. Zatrzymano też Emanuela Drużbę, głównego mechanika. Był bezpartyjny i miał syna w seminarium. By go wrobić, podrzucono mu do mieszkania materiał wybuchowy i faszystowskie broszury.

Ubecy wzywali górników. Kazali im czekać godzinami w poczekalni, po czym odsyłali do domu mówiąc: "Niech jeszcze jeden dzień pożyje".

Podczas akcji ratowniczej w "Barbarze-Wyzwoleniu" był Jan Mitręga, wiceminister górnictwa. Niedługo potem pojechał do Związku Radzieckiego. Zjeżdżając do kopalni on i jego towarzysze dostali aparaty oddechowe. Takich jeszcze wtedy w Polsce nie było. "Wiedziałem, że aby kupić oficjalnie radziecką licencję na ich produkcję, byłyby potrzebne wystąpienia rządowe. To mogłoby potrwać lata. Dlatego zdecydowaliśmy, że ktoś przypadkowo zapomni po wyjeździe z dołu oddać pochłaniacz. Wrzuci go do walizki i przewiezie przez granicę" - wspominał nieżyjący już Jan Mitręga w książce "Górnictwo polskie XX wieku".

Dzięki temu radzieckie aparaty trafiły do śląskich warsztatów. Pierwsze egzemplarze zeszły z taśmy w fabryce w Tarnowskich Górach. Niedługo po tragedii w "Barbarze-Wyzwoleniu" doszło do kolejnych groźnych pożarów.

- Władze ludowe nie miały innego wyjścia, niż zająć się bezpieczeństwem w kopalniach - podkreśla Bogdan Ćwięk.

Aldona Minorczyk-Cichy - POLSKA Dziennik Zachodni link




[*] :(
Czy ktoś z Was kiedykolwiek słyszał coś na ten temat?
Ja nigdy. :(
 
     
tier 
Junior Admin



Imię: Zwierzak
Wiek: 45
Dołączył: 08 Mar 2006
Posty: 6553
Skąd: Chorzów Batory
Wysłany: 2009-03-21, 14:43   Re: Górnicza tragedia sprzed 55 lat

Też nie słyszałem o tym wcześniej, a mieszkałem kilka lakt kilkaset metrów od tej kopalni.
Przydałaby się jakaś tablica upamiętniająca tych ludzi, którzy zginęli m.in. przez głupotę ówczesnych władz.

Cytat:
Takich jeszcze wtedy w Polsce nie było. "Wiedziałem, że aby kupić oficjalnie radziecką licencję na ich produkcję, byłyby potrzebne wystąpienia rządowe. To mogłoby potrwać lata. Dlatego zdecydowaliśmy, że ktoś przypadkowo zapomni po wyjeździe z dołu oddać pochłaniacz. Wrzuci go do walizki i przewiezie przez granicę" - wspominał nieżyjący już Jan Mitręga w książce "Górnictwo polskie XX wieku".

Tak na marginesie - to pewnie dlatego mówią, że politycy i rząd to złodzieje...
:>
 
     
Ewa 
Administrator Forum



Imię: Ewa
Wiek: 51
Dołączyła: 13 Sty 2006
Posty: 11055
Skąd: Chorzów
Wysłany: 2009-03-21, 15:26   

o tej tragedii słyszałam kilkakrotnie, jednak były to bardzo skąpe informacje :(

u nas na forum również wspominano o tym wypadku ( tutaj ) :

Hajduk napisał/a:
1954 r. Kopalnia węgla „Barbara-Wyzwolenie” w Chorzowie – pożar w prądzie schodzącym. 82 ofiary śmiertelne.Do krzyża upamiętniającego tę tragedię dziś nie dotarłem,chciałem na skróty ale błoto jak diabli.
Trochę więcej dodam jak dorwę się do "Historii kop.Król" Jarosa to bardzo wiarygodne zródło,o szybie Charlotty też.Lubię powłóczyć się po mieście poszukiwać ślady przeszłości i historii.


reden napisał/a:
Co do ofiar tyj tragedji to Ryszard Kurek doliczoł się w archiwach 103 ofiar, z kerych znaczno czynść to wiyźnie z pobliskiego obozu pracy w Łagiewnikach. Oficjalnie ówczesne władze podały, że zginęło yno 52(!!!) górników. Godo się tyż o pochowaniu w pobliżu gruby (tam kaj stoi terozki krziż) wszystkich "niewygodnych" NN.
W zeszłym roku żech trocha sznupoł kaj sie dało o tym wydarzeniu. Tukej mocie wszysko w wordzie powciepowane:

http://www.sendspace.com/file/kpwb5z

Polecom poczytać tym bardzij, że nawet na Wikipedii pominyli ta katastrofa:

http://pl.wikipedia.org/w...rnicze_w_Polsce

Planuja w 55 rocznica tragedji zrobić na www monografia tego wydarzenio. Może ftoś mo materiały jakieś?

Hajduk napisał/a:
Po tej tragedii esbecja "szalała"na gwałt doszukując się sabotażu.Sporo ludzi miało kłopoty jeszcze długo po.
Może tam coś znajdziesz,a nawet może się skontaktujesz http://romaquil.blog.onet...3-26,index.html ogólnie wszystkim polecam cała stronę.


a tutaj reden wkleił kapitalne screeny z ówczesnych gazet piszących o tym zdarzeniu - zerknijcie
 
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3569
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2009-03-21, 17:50   

Jest to znany w naszym środowisku temat. W rozwikłaniu skrzętnie tuszowanej sprawy
uczystniczyki członkowie chorzowskiego koła. Temat wielokrotnie gościł już na łamach prasy i co ciekawe im dalej od daty tragedii tym wiedza na ten temat jakby większa.
 
     
Hajduk 
Kronikarz



Imię: Henryk
Wiek: 59
Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 3783
Skąd: Hajduki
Wysłany: 2009-03-22, 07:27   

tier napisał/a:
Przydałaby się jakaś tablica upamiętniająca tych ludzi, którzy zginęli


Jest gdzieś na uboczu drewniany krzyż postawiony przez proboszcza bodajże Józefki,widziałem go na zdjęciu w jednej chorzowskiej publikacji.
Szukałem go nawet w ternie dwa razy i nic,dostałem nr.tel do gościa który ma coś wiedzieć o tym krzyżu,niestety musiałem zle zapisać i nadal nie wiem gdzie on stoi.Może komuś z Was uda ustalić jego lokalizację to go umieszczę w poście o kopalni .
 
     
tier 
Junior Admin



Imię: Zwierzak
Wiek: 45
Dołączył: 08 Mar 2006
Posty: 6553
Skąd: Chorzów Batory
Wysłany: 2009-03-22, 14:41   

Hajduk napisał/a:
tier napisał/a:
Przydałaby się jakaś tablica upamiętniająca tych ludzi, którzy zginęli


Jest gdzieś na uboczu drewniany krzyż postawiony przez proboszcza bodajże Józefki,widziałem go na zdjęciu w jednej chorzowskiej publikacji.
Szukałem go nawet w ternie dwa razy i nic,dostałem nr.tel do gościa który ma coś wiedzieć o tym krzyżu,niestety musiałem zle zapisać i nadal nie wiem gdzie on stoi.Może komuś z Was uda ustalić jego lokalizację to go umieszczę w poście o kopalni .

No to trzeba ustalić czy krzyż gdzieś jest. Jeżeli by go nie było, to trzeba zrobić nowy, lub postarać się o jakąś inną formę upamiętnienia - czyli tablicę, przytachać jakiś głaz czy cóś.
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3569
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2009-03-22, 14:56   

I wejść w kolejny konflikt ( tablice Zgoda) z panem ministrem Andrzejem Przewoźnikiem z którym tego rodzaju upamiętnienia muszą być konsultowane.
Tenpan zaś nie patrzy na takie inicjatywy przychylnym okiem.
No ale próbować można.
W temacie krzyża spróbuje coś ustalić , ten temat już był poruszany.
 
     
tier 
Junior Admin



Imię: Zwierzak
Wiek: 45
Dołączył: 08 Mar 2006
Posty: 6553
Skąd: Chorzów Batory
Wysłany: 2009-03-22, 15:02   

Sprawa średnio chyba dotyczy walki i męczeństwa narodu polskiego. Nie zginęli oni w walce, tylko w katastrofie górniczej.
I chyba warszawka nie będzie zajmować się każdym krzyżem, który ludzie chcą gdzieś postawić. :]
 
     
Lena 
Administrator Forum



Imię: Lena
Dołączyła: 13 Sty 2006
Posty: 8983
Skąd: Chorzów Stary
Wysłany: 2009-03-22, 18:23   

A co nam zrobią jak postawimy krzyż albo kamień? Rozstrzelają? :D
 
     
dfk 
Imprezowicz
dfk


Imię: Eugen
Dołączył: 12 Mar 2006
Posty: 3569
Skąd: Chorzów / Königshütte
Wysłany: 2009-03-22, 20:13   

Może nie od razu ,najpierw trochę pomęczą( ze Zgodą męczą już mnie ponad dwa lata).
Faktycznie rada nie powinna mieć tutaj wiele do powiedzenia, jednak jakieś zezwolenie na pewno jest wymagane.Sądzę ,że powinna to załatwić Rada Miasta.
Jeszcze inny link o tragedii
http://www.newsweek.pl/ar...ku,7892,1/print

http://polskieradio.pl/hi...tykul92146.html
 
     
Lena 
Administrator Forum



Imię: Lena
Dołączyła: 13 Sty 2006
Posty: 8983
Skąd: Chorzów Stary
Wysłany: 2009-03-22, 23:11   

Wklejam te artykuły,żeby nie zniknęły w czeluściach sieci.

UB na przodku

53 lata temu na dolnych pokładach kopalni Barbara-Wyzwolenie rozegrał się dramat, który kosztował życie prawie setki górników. A władze - zamiast pomocy - wysłały do rodzin górniczych oficerów Urzędu Bezpieczeństwa.

Popołudniowa niedzielna szychta 21 marca 1954 roku. Dwieście metrów pod ziemię zjeżdża czterystu górników. Sporą część zatrudnionych w chorzowskiej kopalni stanowią więźniowie, jeńcy wojenni i żołnierze Batalionów Pracy. Około godziny 19 na skrzyżowaniu chodników wybucha pożar. Dopiero po kilkunastu minutach zauważa go więzień pracujący kilkadziesiąt metrów dalej. Próby gaszenia nie dają rezultatów. Mężczyzna powiadamia sztygara. Kilkudziesięciu ludzi w pokładzie 418 jest w niebezpieczeństwie. Po paru minutach górnicy rozpoczynają ewakuację. Ich droga ucieczki jest już pełna dymu i trujących gazów. Pali się cały przenośnik w pochylni transportowej. Temperatura rośnie do kilkuset stopni. Wentylatory okazują się zbyt słabe. Gorące gazy zmieniają kierunek przepływu powietrza w chodnikach wentylacyjnych. Kolejne korytarze wypełniają się trującym dymem. Docierają do głównego korytarza kopalni. W pierwszej grupie ginie trzech ludzi.

Dym szybko wypełnia prawie wszystkie korytarze i wyrobiska. Zabija kolejnych górników. Po kilku godzinach zagraża wszystkim, którzy są jeszcze pod ziemią. Górnicy z pokładu 510 giną podczas panicznej ucieczki. W stronę szybu biegną korytarzem, w którym powinno być świeże powietrze. Gryzący dym nie daje im szans. Ośmiu ludzi z oddziału IV wychodzi z przodka po narzędzia. Pracują półtora kilometra od centrum pożaru. Nie wiedzą o niebezpieczeństwie, bo nikt ich nie ostrzegł. W głównym przekopie zaskakuje ich tlenek węgla. Aby zabić człowieka, wystarczy, że w powietrzu znajduje się 0,1 proc. Jest prawie 7 procent. Górnicy tracą przytomność w ułamku sekundy. Po chwili padają martwi. Kilkunastu żołnierzy z Batalionów Pracy próbuje wydostać się przez szyb wentylacyjny. Okazuje się to niemożliwe. Aby zapobiec ucieczkom, władze kopalni nakazały zdemontować drabinki. Dwustumetrowy szyb jest teraz kominem wyrzucającym kłęby dymu. Żołnierze umierają na jego dnie.

Na powierzchni wieść o pożarze rozchodzi się błyskawicznie. Przed bramą gromadzą się tłumy ludzi. Kobiety, dzieci, rodziny górników. Około 21 na miejsce docierają pierwsze oddziały ratownicze. Najpierw z kopalni Polska, potem Siemianowice, Rozbark, Kleofas, Wanda-Lech. Rozpoczyna się akcja ratownicza. Niestety improwizowana, bo ratownicy nie znają układu wyrobisk. Nie ma przewodników. Zastępy ludzi powiązanych linami wyruszają w nieznane. Nie ma łączności. Brakuje map. Pierwszy szkic sytuacyjny ratownicy rysują kredą na wagoniku do przewozu węgla. W nocy podejmują czternaście prób wejścia w rejon pożaru. Wszystkie kończą się niepowodzeniem.

A na powierzchni trwa inna akcja. Funkcjonariusze Urzędu

Bezpieczeństwa zaczynają szukać winnych. Przesłuchują tych, którym udaje się uratować.

W poszukiwaniu sabotażysty

Tuż po wojnie w Urzędzie Bezpieczeństwa utworzono referaty ochrony przemysłu. Ich funkcjonariusze badali każdy wypadek. Cel był zawsze ten sam. Znaleźć winnych dywersji lub sabotażu. Tym razem musiało być podobnie. Do śledztwa włączono kilkudziesięciu ubeków. Niektórzy w przebraniu udawali ratowników. Siadali wśród ludzi odpoczywających po akcji. Słuchali rozmów w punkcie wydawania posiłków. Wszystko, co wydało się podejrzane, wymagało sprawdzenia. Takie działania często paraliżowały akcję. Ci, którzy tego dnia nie przyszli do pracy, byli szczególnie podejrzani. Niezależne śledztwa prowadziły referaty ze Stalinogrodu (taką nazwę nosiły Katowice w latach 1953-1956), Gdańska i Krakowa. Ubecy nie wierzyli sami sobie. Górników przesłuchiwano po kilka razy. Godzinami czekali na korytarzu gmachu UB. W końcu odsyłano ich do domu, żegnając słowami: "Niech sobie jeszcze jeden dzień pożyje". Dochodzenie prowadzone na ogromną skalę nie dawało rezultatów. Rozpaczliwie potrzebowano winnego. W końcu ktoś doniósł, że ogień podłożył Emanuel Drużba, główny mechanik. Świetnie nadawał się na sabotażystę, bo był bezpartyjny i miał syna w seminarium. Gdy dowiedział się o pożarze, przybiegł do kopalni wprost z kościoła.

W środę, po trzech dniach nieprzerwanej akcji ratowniczej, Emanuel Drużba wrócił do domu. Ubecy już na niego czekali. Przez kolejne cztery dni i noce rewidowali mieszkanie. Przeglądali książki, zrywali podłogę. Zniknęli bez słowa. Sprawę szybko skierowano do sądu. Jako dowody winy przedstawiono broszury faszystowskie oraz spłonki materiałów wybuchowych. Rzekomo znaleziono je podczas rewizji. Obrony podjął się mecenas Stanisław Kwieciński. Chodził do UB i prokuratury z podniesioną głową. Żądał ekspertyz. Pomogła opinia profesora Bednarskiego, biegłego z Akademii Górniczo-Hutniczej. Dzięki niej Emanuela Drużbę już w lipcu oczyszczono z zarzutów. Z więzienia na Mikołowskiej zwolniono go dopiero w listopadzie. Do tego momentu nikt nie wiedział, gdzie był przetrzymywany. Nigdy nie wrócił do pracy w Barbarze. Zatrudnił się w kopalni Rozbark. Przez wiele lat czuł na plecach oddech funkcjonariuszy UB. Nawet jego czternastoletnia córka miała obstawę w drodze do szkoły. Zawsze towarzyszyło jej dwóch mężczyzn w płaszczach. Z czasem zaczęła nawet mówić im dzień dobry.

Pożar,rzecz normalna

- Dwudziestego trzeciego marca, dwa dni po pożarze, dostałem nakaz zameldowania się w Barbarze - opowiada Józef Matuszek. Rok wcześniej jako młody inżynier wentylacji właśnie w Chorzowie odbywał praktykę. - Doskonale znałem tę kopalnię. Pisałem pracę dyplomową o jej układzie wentylacyjnym. Były tam niestabilne prądy powietrza, słabe wentylatory. Czasem było tak mało tlenu, że gasły lampki karbidowe oświetlające przodek. Po wojnie było tak prawie we wszystkich kopalniach - opowiada. Matuszek zapamiętał wizytę prokuratorów. Przyjechali, gdy dogaszano pożar. Musieli wejść do niebezpiecznej strefy i znaleźć ślady podpalenia. Szczególnie interesował ich ogromny transformator. Za jego działanie był odpowiedzialny Emanuel Drużba. Podejrzewano, że pożar powstał właśnie w tym miejscu. - Bezpośrednią przyczyną była lampa karbidowa powieszona na obudowie chodnika. Słyszałem, jak rozmawiali o tym prokuratorzy - wspomina po latach Matuszek. - Wtedy w kopalniach panowały bardzo prymitywne warunki pracy. Dzisiaj trudno to sobie nawet wyobrazić.

- W latach 50. pożary w kopalniach były czymś zupełnie normalnym - mówi doktor Bogdan Ćwięk, wieloletni dyrektor Centralnej Stacji Ratownictwa w Bytomiu. - Do 1969 r. w śląskich kopalniach zanotowano około sześciu tysięcy pożarów. Podejrzewam, że drugich sześciu tysięcy nie wpisano do ewidencji - dodaje.

W 1954 roku tylko w kopalni Polska ogień gaszono pięćdziesiąt cztery razy. Wypadki zatajano, by uniknąć kłopotliwych dochodzeń. W niektórych kopalniach z ogniem walczono nawet po parę razy dziennie. Pożary były tak powszechne, że w kwietniu 1954 roku zajęto się nimi na egzekutywie Komitetu Centralnego PZPR. Dla władz partyjnych najważniejsze było wydobycie węgla. Ogień psuł morale górników i zniechęcał do pracy pod ziemią.

Gerard Libera, przez wiele lat główny inżynier wentylacji w kopalni Kleofas, uważa, że większość pożarów powodowali ludzie.

- Wtedy do pracy przyjmowano wszystkich. Liczyła się każda para rąk. Każdy, kto przyjechał ze wsi, dostawał pracę. Wystarczyło, że umiał trzymać łopatę. Ci ludzie nie zdawali sobie sprawy z zagrożeń, które sami powodowali - mówi. Jednak wtedy nikt nie wierzył w głupotę i nieszczęśliwe wypadki.

- W 1956 roku profesor Witold Budryk zorganizował konferencję na temat wentylacji w kopalniach - wspomina Bogdan Ćwięk. - Pamiętam, że wtedy pierwszy raz oficjalnie mówiono o wypadku w Barbarze. Podano, że zginęło osiemdziesięciu ludzi. Wiele razy słyszałem, że mogło być ich więcej.

Monika Bortlik-Dźwierzyńska z katowickiego oddziału IPN badała podobne sprawy. - Funkcjonariusze UB często tuszowali prawdziwe przyczyny wypadków i liczbę ofiar. Kopalnia Barbara- -Wyzwolenie jest jednak najbardziej drastycznym przykładem takich działań - mówi Bortlik. - W aktach wielokrotnie znajdowałam krótkie wzmianki o wydarzeniach z marca 1954 roku.

W tej chwili nie można odnaleźć pełnych dokumentów. Nie ma ich ani w Katowicach, ani w Krakowie.

Dokumentacji wypadku nie ma też w Wyższym Urzędzie Górniczym. Znajduje się tam tylko krótka notatka informująca o osiemdziesięciu ofiarach. Wygląda na to, że UB zrobił wszystko, aby sprawa nigdy nie została wyjaśniona.

Bataliony śmierci

Ryszard Durda jako młody chłopak został wcielony do wojska, a właściwie do Batalionów Pracy. - Miałem sporo szczęścia - wspomina po latach. - Nie trafiłem do Barbary, ale do kopalni Rozbark.

Bataliony Pracy utworzono na rozkaz marszałka Konstantego Rokossowskiego. Wcielano do nich poborowych z grup "politycznie niepewnych". Blisko 200 tysięcy młodych chłopców, synów obszarników lub osób skazanych za przestępstwa przeciwko ludowej ojczyźnie trafiło do kopalń i kamieniołomów. Wystarczyło mieć dziesięć hektarów, rodzinę na Zachodzie lub krewnego z AK. Nosili mundury, ale zamiast broni mieli łopaty. Nie wiedzieli, jak długo potrwa ich służba. Pracowali przez siedem dni w tygodniu. Na odpoczynek przysługiwała im jedna niedziela w miesiącu. Najczęściej poświęcano ją na szkolenie wojskowe. Podczas ciężkiej pracy fizycznej mieli poznać sens tworzenia wielkiej idei socjalistycznej. Zamiast tego kilka tysięcy zaginęło bez wieści, a kilkadziesiąt tysięcy zostało kalekami.

- Byliśmy w jednym obozie z tymi z Barbary. Wiem, że zginęło ponad sto osób. Sporą część stanowili nasi żołnierze - opowiada Ryszard Durda. Śmierć batalionowców i więźniów łatwo było ukryć. W odróżnieniu od zwykłych górników nie pobierali numerków przy zejściu pod ziemię. Mieli pracować na chwałę przodowników pracy. Taki zespół nieistniejących łatwo wypracowywał kilkaset procent normy dla bohatera socjalistycznej walki o plan.

- Byłem jeszcze młodym chłopcem, ale pamiętam te dni - opowiada Gerard Libera. - Mój ojciec pracował w Barbarze. Musiał wejść do płonącej kopalni po dynamit, który został w składzie materiałów wybuchowych.

W podziemnym magazynie trzymano kilka ton dynamitu. Gdyby doszło do wybuchu, kopalnia przestałaby istnieć. Libera pamięta także pogrzeby górników. - To były wielkie manifestacje. Mnóstwo ludzi. Trumny wieziono na ogromnych platformach. Władze nie mogły ukryć tak wielkiej tragedii. Małe wypadki można było zataić. Ale wtedy zginęło zbyt wielu. Dzisiaj nikt naprawdę nie wie, ilu. Starzy mieszkańcy Chorzowa najczęściej wymieniają liczbę 106 lub 120 osób - opowiada Libera.

80 czy 120?

Przed laty część dokumentów z katastrofy przechowywano w Chorzowskim Zjednoczeniu Węglowym. Zjednoczenie zlikwidowano po 1989 roku, a dokumenty wywieziono. W książce Bogdana Ćwięka, opisującej wypadki górnicze, znalazło się kilka relacji byłych ratowników, którzy uczestniczyli w tej akcji. Wszyscy potwierdzali oficjalną liczbę ofiar. Nieżyjący już Jan Mitręga wspominał, że "uczestniczył w akcji wraz z wieloma członkami rządu i aparatu partyjnego. Dla potrzeb akcji postawiono wszystko, co w tym kraju było możliwe, a nawet niemożliwe". Prawdopodobnie chodziło o sześć ton suchego lodu - dwutlenku węgla w stanie stałym, który sprowadzono z Łodzi samolotem. Użyto go do gaszenia. Metoda była jednak całkowicie nieskuteczna. Udział członków aparatu partyjnego też nie poprawiał sytuacji. W sztabie akcji był obecny prezes Wyższego Urzędu Górniczego. Nie był jednak w stanie zastąpić braku pochłaniaczy czy zwykłych telefonów. Po latach Mitręga został ministrem górnictwa i wicepremierem peerelowskiego rządu. Nic więc dziwnego, że do śmierci trzymał się oficjalnej wersji.

- Przyjaciel mojego ojca, Henryk Nowak, był kierownikiem w stacji ratownictwa - mówi Gerard Libera. - Kiedyś podsłuchałem, jak rozmawiali o tym wypadku. Opowiadał wtedy, że na powierzchnię wydobyto sto dwadzieścia ciał.

W 1960 r. Libera tak jak jego ojciec został górnikiem. Mieszkał w Chorzowie, więc na swoją pierwszą praktykę trafił do Barbary. Rozmawiał z ludźmi, którzy uczestniczyli w pożarze. Wiele lat później zebrał szczątki informacji, opracował szkice. Był już wtedy głównym inżynierem wentylacji w kopalni Kleofas. - Przeanalizowałem wszystko, co udało się odtworzyć. Przyczyną tragedii była wadliwa wentylacja. W kopalni były ogromne zaniedbania. Dlatego ogień rozprzestrzenił się tak szybko i odciął drogi ucieczki. To była prawdziwa przyczyna śmierci tych ludzi. Niezależnie od tego, ilu ich zginęło - mówi Libera.

Ogień pochłonął wiele ofiar. Zniszczył też życie rodziny Emanuela Drużby. On sam w więzieniu na Mikołowskiej stracił zdrowie. Zmarł kilka lat po wypadku. Aresztowanie odbiło się także na życiu jego syna, Piotra. Został księdzem, ale zmarł w wieku 41 lat. W tym roku jego seminaryjni koledzy obchodzą pięćdziesięciolecie kapłaństwa. Z całej rodziny pozostała tylko córka państwa Drużbów. Niechętnie opowiada o tamtych wydarzeniach. Mimo że minęło ponad pół wieku, prosi o zachowanie anonimowości. Mówi, że ten wypadek zmienił jej całe życie.

http://www.newsweek.pl/ar...ku,7892,1/print



Górnicza tragedia
21 marca 2009

55 lat temu doszło do jednej największych tragedii w powojennej historii polskiego górnictwa. 21 marca 1954 roku w kopalni "Barbara-Wyzwolenie" w Chorzowie doszło do pożaru w wyniku którego zginęło około stu górników. Zgodnie z peerelowskimi „standardami” informacje o tragedii były starannie zakłamywane.

Do tragedii doszło około godziny 19.00 w pokładzie 501. Prawdopodobną przyczyną pożaru było zaprószenie ognia od górniczej lampki, co z kolei spowodowało zapalenie się taśmy transportującej urobek. Pożar wybuchł prawdopodobnie w pobliżu szybu – napływające nim świeże powietrze podsycało ogień. Pod ziemią pracowało wtedy 399 osób. Uratowało się około 300.

Najwięcej ofiar – ponad 50 – ratownicy wydobyli w pierwszych czterech dobach akcji. Na ostatnie zwłoki natrafiono po prawie dwóch tygodniach. Ostatnie ofiary pożaru odnaleziono po trzynastu dniach akcji. Ratownicy na początku akcji nie dysponowali nawet mapami i planami kopalni.

Chaos

Pożar odciął części załogi drogę ucieczki. Inni mogliby bezpiecznie wycofać się, gdyby na czas powiadomiono ich o tym, co się dzieje. Ogień rozprzestrzeniał się jednak bardzo szybko.
Górnicy ginęli od wysokiej temperatury i dusili się z powodu braku tlenu. Część próbowała się ukryć, nie miała jednak szans w atmosferze niezdatnej do oddychania, tym bardziej, że zawiodła wentylacja - zatrzymanie wentylatora miało zasadniczy wpływ na tempo i kierunek rozprzestrzeniania się dymów pożarowych.

Bilans ofiar powiększyła panika. 50-osobowa grupa górników mogła się uratować, gdyby poszła w kierunku, gdzie zadymienie było wówczas niewielkie. Wybrali jednak drogę zadymionym przekopem w kierunku oddalonego o około 1,5 kilometra szybu „Maria”. Zginęli 2-3 minuty później, po przebyciu zaledwie 150-200 metrów.

Akcja odgazowania wyrobisk kopalni trwała 32 dni, likwidacja pożaru w miejscu, w którym powstał, kolejne 20 dni. Wychładzanie pola pożarowego zajęło dwa miesiące.

Ile było ofiar?

Nie wszystkie okoliczności tragedii są w pełni jasne. Tuż po wypadku prasa podawała, że zginęło 45 osób. Potem przyznano, że ofiar było ponad 80. Dziś wiadomo, że było ich jeszcze więcej. Niektóre źródła mówią o 94, jeszcze inni badacze są zdania, że mogły zginąć 103 osoby. Trudno to ustalić, bo na przykład jeżeli zmarły nie miał rodziny, jego śmierć tuszowano.

Gerard Libera, którego ojciec brał udział w akcji ratowniczej, wspominał, że oficjalnie celowo
zaniżano liczbę ofiar, by nie odstraszać ludzi od pracy w górnictwie. Znaczenie miało również to, że w kopalniach zatrudniano m.in. więźniów, żołnierzy i junaków Służby Polsce


Liczbę ofiar powiększył chaos w prowadzeniu akcji krótko po pojawieniu się ognia. Odwrócenie się prądu powietrza spowodowało silne zadymienie całej kopalni. Wśród ofiar byli górnicy pracujący nawet w odległych od źródła pożaru rejonach, ponieważ nie powiadomiono ich na czas o wypadku. Zatruli się tlenkiem węgla.


Ryszard Kurek ze Stowarzyszenia Miłośników Chorzowa, który badał dokumenty i zbierał informacje związane z pożarem, w swoim opracowaniu ocenił, że duży zasięg i aż tak tragiczny bilans pożaru to efekt wielu czynników, składających się na codzienne życie w Polsce epoki stalinowskiej.


Na rozmiary katastrofy wpłynęły też ewidentne braki w wyszkoleniu dużej części załogi spowodowane także tym, że w kopalni zatrudniano więźniów, żołnierzy i junaków Służby Polsce Górnicy nie byli wyposażeni w środki ochrony dróg oddechowych, brakowało dostatecznej liczby środków łączności.

Bezpieka działa

W zbadanie tragedii zaangażowała się bezpieka, która każdy taki wypadek z definicji traktowała jak sabotaż i dywersję. Ubecy udawali ratowników, skrzętnie notując wszelkie rozmowy i opinie na temat pożaru. Przesłuchano kilkudziesięciu górników, niektórych wielokrotnie. Podejrzenia skierowano na Emanuela Drużbę – głównego mechanika. W jego domu przeprowadzono kilkudniową rewizję. Ostatecznie ubecji nie udało się pogrążyć Drużby, który do listopada przetrzymywany był w więzieniu


Po tragedii, wiosną 1954 roku, sprawę bezpieczeństwa w górnictwie omawiało Biuro Polityczne KC PZPR. Jednak dopiero w kolejnych latach wprowadzono m.in. zakaz używania pod ziemią otwartego ognia. Później wyposażenie kopalń wzbogacono o tzw. aparaty ucieczkowe, umożliwiające oddychanie w warunkach silnego zadymienia i wysokich stężeń gazów pożarowych.

Największe katastrofy w polskim górnictwie

1947 - Kopalnia węgla „Modrzejów” w Sosnowcu – samozapalenie w wyniku wadliwej odbudowy i niepodmulenia wyrobisk; pożar; zadymienie z powodu wadliwej wentylacji. 25 ofiar śmiertelnych.


1955 - Kopalnia węgla „Sośnica” w Gliwicach – zaprószenie ognia, najprawdopodobniej od lampy karbidowej. 42 ofiary śmiertelne.


1956 - Kopalnia węgla „Chorzów” w Chorzowie – pożar; odwrócenie prądu powietrza powodujące rozległe zadymienie. 30 ofiar śmiertelnych.


1958 - Kopalnia węgla „Makoszowy” w Zabrzu – zaprószenie ognia w czasie cięcia stalowej stropnicy palnikiem acetylenowym. 72 ofiary śmiertelne.


1974 - Kopalnia węgla „Silesia” w Czechowicach-Dziedzicach – silny wybuch metanu połączony ze słabym wybuchem pyłu węglowego. 34 ofiary śmiertelne.


1979 - Kopalnia węgla „Silesia” – szybko rozprzestrzeniający się pożar zapoczątkowany zapaleniem się taśmy przenośnika. 21 ofiar śmiertelnych.


1979 - Kopalnia węgla „Dymitrow” w Bytomiu – wybuch pyłu węglowego w następstwie nieprawidłowego wykonywania robót strzałowych. 10 ofiar śmiertelnych.


1982 - Kopalnia węgla „Dymitrow” – bardzo silny wybuch gazów pożarowych obejmujący swym zasięgiem również bazę ratowniczą. 18 ofiar śmiertelnych.


2002 - Kopalnia węgla „Jas-Mos” w Jastrzębiu-Zdroju – wybuch pyłu węglowego. 10 ofiar śmiertelnych.


2006 – Kopalnia „Halemba” w Rudzie Śląskiej – wybuchu metanu i pyłu węglowego. 23 ofiary śmiertelne.

(PAP/pd)
 
     
departament 
Mieszkaniec


Imię: Tomasz
Dołączył: 16 Mar 2009
Posty: 20
Skąd: Chorzów II
Wysłany: 2009-03-23, 11:30   

Krzyż stoi i ma się bardzo dobrze, przed odejściem p. Szopa zdazył go odnowić :D
Zagadką jednak największą jest to gdzie ci górnicy zostali pochowani, mity krążą że gdzieś w kolicy krzyża ale tego nikt nie wie.
 
     
tier 
Junior Admin



Imię: Zwierzak
Wiek: 45
Dołączył: 08 Mar 2006
Posty: 6553
Skąd: Chorzów Batory
Wysłany: 2009-03-23, 12:50   

departament napisał/a:
Krzyż stoi i ma się bardzo dobrze, przed odejściem p. Szopa zdazył go odnowić :D
Zagadką jednak największą jest to gdzie ci górnicy zostali pochowani, mity krążą że gdzieś w kolicy krzyża ale tego nikt nie wie.

czy to chodzi o ten krzyż? Stoi on w polu między SP 25 a domem obok przystanku, po drugiej stronie drogi w stosunku od kopalni.
 
     
Neottia 
Imprezowicz



Imię: Gosia
Dołączyła: 15 Sty 2006
Posty: 706
Skąd: Chorzów Stary
Wysłany: 2009-03-23, 13:25   

Wiem na pewno, że w tej katastrofie zginął mój wujek, miał chyba 17 lat, pracował raptem kilka tygodni. Mam jeszcze jakieś papiery które moi dziadkowie dostali w sprawie chyba odszkodowania, muszę tylko poszukać w moim zbiorze dokumentów rodzinnych.
 
 
     
Hajduk 
Kronikarz



Imię: Henryk
Wiek: 59
Dołączył: 25 Wrz 2008
Posty: 3783
Skąd: Hajduki
Wysłany: 2009-03-23, 21:50   

departament napisał/a:
Krzyż stoi i ma się bardzo dobrze, przed odejściem p. Szopa zdazył go odnowić


przeczytawszy to,zajarzyłem fotka jest w jego knidze o krzyżach i kaplicach Chorzowa.
  
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
| Wsparcie techniczne: e-matteo.pl

Nasz email


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 11